Cześć Wszystkim :)
Wybaczcie małą ilość wpisów na blogu, ale zdecydowanie, nie miałam weny. Naszła mnie jednak pewna refleksja i chciałabym się nią z Wami podzielić. Otóż...naprawdę sporo ludzi, pyta mnie, jak to możliwe, że taka fajna dziewczyna (czyt.ja), jest singielką. Oczywiście temat tyczy się również wielu innych singielek.Już spieszę z odpowiedzią.Jako kobieta dojrzała, świadoma swoich wad i zalet, zwyczajnie, wybieram wygodniejsze życie, niekoniecznie szczęśliwsze. W swoim niespełna 26-o letnim życiu, nie byłam w wielu związkach. W zasadzie były to 4 krótkie epizody. Nie mam szczęścia...gra na dwa fronty, kłamstwa, nadgorliwość, chorobliwa zazdrość i kontrolowanie. Nie było lekko, choć mam świadomość, że inni mają gorzej.
Wyciągając doświadczenia z ww. relacji, tak szczerze mówiąc, nadal nie wiem jak się dogadać z facetami. Chyba na zawsze pozostanę tylko kumpelą ze szkoły, czy koleżanką z pracy. Cóż...prawdę mówiąc już mi przeszło, kombinowanie, wczuwanie się w czyjeś położenie, analizowanie setek rozmów. Jestem sobą, a to jak inni mnie odbierają to już inna sprawa.Właśnie...jak mnie odbierają ? Na pierwszy rzut oka i jedną lub dwie rozmowy, można wywnioskować, że jestem sympatyczną, wesołą dziewczyną. Kto miał okazję mnie poznać, na pewno to potwierdzi. Staram się też polepszać tężyznę fizyczną, lubię gotować, śpiewać, tańczyć, dbam o siebie. Czego chcieć więcej ? Hahahah :) Tak serio...jestem sama, bo zwyczajnie się boję. Faceci są świetnymi manipulatorami i kłamcami, a ja niestety bywam ufna i w każdym próbuję odnaleźć coś dobrego. Z drugiej strony, staram się twardo stąpać po ziemi. Szanuję siebie, czas swój i innych i nie cierpię kiedy ktoś daje mi złudne nadzieje, a potem po prostu odpuszcza i nie daje jednoznaczego wyjaśnienia, co właściwie się między Nami wydarzyło. Tylko raz byłam w związku z miłości...3 pozostałe to próba sprawdzenia...może coś się narodzi, wytworzy się uczucie...nic takiego się nie stało. Teraz już wiem, że muszę ,,to'' czuć, od samego początku. Z czasem, to co najwyżej może się pojawić, to przyzwyczajenie lub przywiązanie, a nie na tym mi zależy.W dniu dzisiejszym stoję w miejscu...biję się z myślami. Patrzę na otaczające mnie związki i obawiam się, że wciąż nie jestem gotowa. Przeraźliwie boję się, że zostanę zdradzona. Tak długo jestem sama, że gdybym w końcu wytworzyła z kimś więź, a ten ktoś kompletnie by mnie skrzywdził, szukając szczęścia w ramionach innej kobiety, nie wiem jak bym to wszystko ogarnęła. Nie mam pojęcia dlaczego ludziom tak łatwo zdradzać :( To przykre, że nie potrafimy się wczuć w położenie innej osoby...nie widzimy jak trudno naszemu partnerowi było zbudować pewność siebie, odkryć swoją duszę i ciało...poczuć się wyjątkowymi i potrzebnymi. Z drugiej strony to okropne, ale kiedy w większości przypadków się Nam nie układało, a teraz pozornie, jest dobrze, to często aż ciężko uwierzyć, że to prawda. Nie wierzymy we własne szczęście. Nie umiemy się nim w pełni cieszyć, bo wciąż mamy w głowie, że niebawem może się skończyć. Nie tak to powinno wyglądać.
Powyżej wspomniałam, że wybieram wygodę. Co miałam na myśli ? Otóż...wygodniej być mi samej, niż się się zamartwiać, co partner robi, gdy mnie nie ma w pobliżu. Sama decyduję o swoim życiu.Wcześniej byłam skłonna zaufać, ale nie po tym wszystkim co miałam okazję zobaczyć. Mam baaaaardzo dużo znajomych, z różnych kręgów, środowisk, grup zawodowych i przedziałów wiekowych. W każdej z tych sfer, podgrup, są zauważalne te same tendencje...brak poszanowania dla partnera, łatwość flirtowania z koleżankami, przypadkowymi kobietami z klubu, gorący taniec na parkiecie, a potem wizyta u Niego lub u Niej. Do czego zmierza ten świat? Coraz więcej rozwodów, zdrad...naprawdę tak ciężko być wobec kogoś szczerym i uczciwie przyznać, że nie ma uczucia i nigdy nie będzie. Zdaję sobie sprawę, że niekiedy związki ,,ciągną'' się przez wieeeele lat i z czasem po prostu wszystko się wypala...a partnerzy odpuszczają jakby nie było o co walczyć...albo tylko udają przed innymi, że jest cudownie, a ze sobą prawie nie rozmawiają, a co dopiero mówić o wspólnym spędzaniu czasu, sprawach intymnych. Dzieje się coś niedobrego i wątpię, aby kiedykolwiek nastąpiły zmiany na lepsze. Ja naprawdę rozumiem, że człowiek jest tylko człowiekiem, że czasem alkohol może troszkę namieszać w głowie, ale skoro ja, kobieta będąca bardzo długo sama, mówiąc kolokwialnie ,,wyposzczona'' potrafię się pohamować ze swoim popędami, to dlaczego inni tak łatwo popuszczają hamulec? To proste. Nie widzą w tym nic złego. Myślą, że alkohol to super wymówka, wystarczająca by wytłumaczyć nawet najgorsze zachowania. Jak nie alkohol, to zawsze znajdzie się jakaś inna ciekawa alternatywa...bo żona, dziewczyna mnie zaniedbuje, nie ma dla mnie czasu, jestem samotny i inne pierdolety. Nie pomyśli, że np. żona pracuje i zarazem dba o dom, dzieci, potrzebuje też czasu dla siebie, a może jest akurat w ciąży i zwyczajnie okropnie się czuje i odechciewa Jej się żyć, a co dopiero mowa o jakiś innych rzeczach. Pewnie też Jej brakuje Twojej osoby, wsparcia, ale skąd masz o tym wiedzieć, skoro nie rozmawiacie? Co tam, kupię Jej kwiaty, albo drogą biżuterię...wyciszę poczucie winy, o ile takie sie pojawi.Oczywiście to działa w dwie strony. Kobietom równie łatwo przychodzi flirt, czy zdrada. Szczególnie kiedy partner jest gdzieś daleko, najlepiej za granicą. ;/ Świat stał się tak k*rewsko komsumpcyjny i zakłamany, że niekiedy nie pozostaje mi nic innego, jak włączyć przejmującą muzykę i zapłakać nad tą całą beznadziejnością. Kiedyś myślałam, że mogę coś zmienić...teraz zeszłam na ziemię i wiem, że najważniejsza zmiana, zachodzi w sercu i głowie człowieka, wszystko wychodzi od niego. Nikt nic nie zdziała, jeśli on sam nie zechce tej zmiany.
Wracając do wygody...większość kobiet jest teraz bardzo niezależna. Pracuje, ma czas i pieniądze na własne zachcianki. Kobiety, które są same, potrafią sobie świetnie radzić w pojedynkę. Podejrzewam u każdej takiej kobiety, raz na jakiś czas pojawia się przeświadczenie, że czegoś jej brak, w życiu jest pustka, bo nie ma tego kogoś obok. Jest tak i nie ma sensu się oszukiwać. Myślę, że człowiek został stworzony do tego by dawać i brać miłość, do tego by kochać i być kochanym. To głęboko zakorzeniona potrzeba, której nie da się tak łatwo wyciszyć, bo nawet nie ma co próbować jej usunąć...nie da się. Pozostaje tylko samotność i ciągły brak...ale...tak też da się żyć. Tłumimy ten krzyk w głowie i sercu, który dudni i dudni coraz głośniej. Potrafimy to zrobić. Nauczyliśmy się żyć w samotności. Dlaczego ? Bo nie mamy wyjścia. Być z kimś tylko po to, by inni nie pytali dlaczego jesteśmy sami, albo żeby przekonać samego/ą siebie, że to to...to nie ma sensu.Postawą jest bycie szczerym ze samym sobą, a druga kwestia, to bycie szczerymi z innymi. Łatwo bowiem się zatracić w lawinie kłamstw.
Wiecie co jeszcze mnie zastanawia? Dlaczego ludziom tak łatwo budować szczęście na czyimś nieszczęściu? Ciekawi mnie, czy się boją...a jeśli tak, to jak żyć z takim ciągłym strachem? Wiem, że w życiu bywa różnie, serce nie sługa i w ogóle...ale jak np. związać się z mężczyzną, który jest ledwo po ślubie, ma małe dzieci, albo kobietę w ciaży? Miłość miłością, ale ja chyba nie miałabym sumienia, żeby w ogóle z kimś takim, zaczynać jakąś zażyłą więź. Mogę o tym kimś myśleć, snuć nierealne plany, ale nie wypuszczam nic spoza granic swojej wyobraźni. Tak, czasem to jest ,,jak grom z jasnego nieba'', serce przyspiesza, a twarz okrywają rumieńce. Sami nie wiemy co się z nami dzieje, ktoś tak bardzo na Nas działa. Jest odczuwalna jakaś niewidzialna nić porozumienia i mamy wrażenie, że znamy tego kogoś całe życie. Potem jest tylko gorzej. Wypełnia Nasze myśli i powoli tracimy grunt pod nogami...zatrzymajmy się...to tylko zauroczenie...z czasem minie...a jeśli nie...zastanówmy się, czy mamy w sobie wystarczająco odwagi i dozy bezczelności, by tak po prostu zmienić czyjeś życie, niszcząc je. Z drugiej strony...naprawdę staram się to zrozumieć, ugryźć temat z każdej strony...może po prostu w tamtym związku się nie układa i to nie powód wypalenia, tam po prostu nie ma i nigdy nie było miłości. Coraz częściej ludzie wiążą się z poczucia obowiązku, ze strachu przed samotnością, ,,bo to już ten czas'', ktoś wywiera na nich presję, albo po prostu kalkulują jaką ktoś im może dać przyszłość, bo np. jest zamożny. Miłości w tym wszystkim coraz mniej, albo wcale. Nasuwa się, więc pytanie...czy warto brnąć w taki związek coraz głębiej ? Mam znajomą, która była związana z mężczyzną przez 10 lat. Nie mieli ślubu ani dzieci. Rozstali się, poznała kogoś innego. Wzięli ślub, zaszła w ciążę, a teraz są szczęśliwą rodziną.Inny przykład, młodzi ludzie, zdaje się 4 lata w związku. Kłamstwa, mydlenie oczu, zdrady i ogólnie masakra. Koniec związku, a teraz oboje są z innymi partnerami i są szczęśliwi. Rozwód po 5-u, czy po 20-u latach? Pewnie, bo z jednej strony chciałoby się to wszystko ratować, walczyć o wspólne szczeście, a z drugiej po prostu się nie da. Niekiedy związek już od początku jest spisany na straty i w końcu partnerzy są już zmęczeni ciągłą walką o szczęście, lub podtrzymywanie iluzji szczęścia. Jest przecież tak wielu ludzi na tej Ziemi. Skąd mieć pewność, że osoba z którą jesteśmy, to ta jedyna? Nie wiemy tego od razu, po miesiącu, roku, dziesięciu latach. Każdy dochodzi do tego w innym czasie. Gdy już w końcu zrozumiemy, to jesteśmy naprawdę szczęściarzami. Wiecie kiedy jest miłość ? Kiedy Mama wydziera się na Tatę bo znów Jej podpadł, a On i tak robi Jej herbatkę z miodem jak co dzień bo ją kocha i wie, że jutro Jej przejdzie i dalej będzie dobrze. Kiedy sobie dogryzają i wygłupiają się na kanapie. Coraz częściej zapominam jak to jest kochać i być kochaną, ale wystarczy, że przyjadę do domu i od razu sobie przypominam. Te małe gesty są piękne...naprawdę. Prawdziwe, szczere spojrzenie. To ,,pufanie'', które wkurza moją Mamę i totalna beztroska Taty, gdy to robi. Ogień i woda, a jednak to działa...już tyle lat. Wtedy dociera do mnie, że się da, ale wciąż towarzyszy mi strach...że pokocham kogoś, kto nie jest dla mnie albo, że zawsze będę samotna.
Ludzie są różni, mają odmienne priorytety. U mnie zawsze na pierwszym miejscu stała i stoi rodzina i przyjaciele...chciałabym wreszcie móc założyć swoją, ale jakoś los mi nie sprzyja w tej kwestii. Dlatego wszystkim rodzinkom chciałabym powiedzieć, że niesamowicie Wam zazdroszczę i marzę o tym by znaleźć się na Waszym miejscu. Docencie to, co macie. Wiecie jak smutne jest samotne jadanie posiłków, siedzenie w pojedynkę, spanie w pustym łóżku ? Pewnie wkurza Was chrapanie faceta, albo krzyki dzieci? Mnie też by wkurzało, ale przynajmniej miałabym to wspaniałe przeświadczenie, że nie jestem w tym wszystkim sama. Takie przemyślenia naprawdę przychodzą z czasem. U mnie ten czas już nadszedł. Obyście i Wy o tym pomyśleli i docenili swoje skarby. Z drugiej strony...nie popadajmy w skrajności. Partner lub dziecko, które jest z Nami, ale kompletnie Nas nie szanuje, to nie powód do szczęścia i dumy. W swoim życiu, stale dążę do zachowania równowagi. Życzę aby Wam też się to udało ! Zachęcam do komentowania.Jestem ciekawa Waszych opinii, na poruszane przeze mnie tematy.Buziaki !























